Twoje uwagi
DO GÓRY
O nas
Redakcja
Kontakt
Agnieszka Szypulska | 20 marca 2013 tele:wizja

o cholera, czyli zbawienne skutki oglądania telewizji

Patrzę na świat i się dziwię.
Telewizor obok mnie gra bardzo kolorowo, akurat ustawiony jest na najbardziej fantastyczną stację świata. Nie pamiętam, zamiast czego kanał TLC pojawił się w moim dekoderze, ale jakimś dziwnym trafem znalazł się on wśród trzydziestu pięciu ulubionych programów, które oglądamy z całą rodziną.

Najbardziej wstydliwe choroby świata to pikuś. Oglądając i słuchając TLC – nawet bardzo wybiórczo i wyłącznie chwilami – można się dowiedzieć, w jaki sposób zajść w ciążę i nie być tego świadomym aż do momentu porodu, jak zrobić zakupy za 3000 dolarów i zapłacić za nie wyłącznie 43 dolary i 27 centów, jak zrobić wesele i nie splajtować (a jak już się splajtuje, to jak z tych długów wyjść). Chciałoby się wierzyć, że to kwestia tych dziwolągów zza oceanu, tych, którzy zarabiają tak dużo, że aż nie wiedzą, co robić z pieniędzmi. Jednak nie do końca tak jest. Zaczynamy (my, Polacy) oglądać tego typu produkcje tak chętnie, że polska centrala postanowiła kupować licencje. Szczęśliwie nie jesteśmy jeszcze tak bogaci, aby móc sobie pozwolić na wszystkie te fanaberie.

Wśród propozycji stacji TLC polskie są jak na razie tylko programy o makijażu, o nadwadze (w porównaniu do tej transatlantyckiej raczej lekkiej) i o remontach, na które para dostanie czterdzieści tysięcy złotych (pod jednym jednak warunkiem: remont ów zaplanuje i przeprowadzi sam mężczyzna bez konsultacji z ukochaną).

Jednak nie tylko TLC budzi mój zachwyt nad światem. TVN też stawia na licencje zagraniczne. Większość proponowanych przez tę telewizję seriali nie jest autorskimi scenariuszami; w pełni rodzime twory można policzyć na palcach jednej ręki. Brzydula czy Niania zostały zaadaptowane na nasze warunki wtedy, gdy już od dawna były sławne na świecie. I to właśnie one odnoszą największe sukcesy od kilku lat. A co z rodzimymi produkcjami? Nie wiadomo, kiedy wreszcie uda się polskim scenarzystom przezwyciężyć twórczą pustkę i dialogową nieudolność. A przecież umiemy zrobić dobre, autorskie seriale, niemoc jest zatem przejściowa. OK, Przyjaciół, Seksu w wielkim mieście czy Ally McBeal nie wyprodukujemy, ale możemy powołać do życia coś, co będzie nieprzeciętne przynajmniej na naszym terytorium (ktoś w końcu napisał Zmienników i Czterdziestolatka!).

No dobra, ale seriale to przecież nie wszystko, co na zagranicznej licencji proponują nam polskie telewizje. Zostawmy na boku wszystkie talent show – to zupełnie inna kwestia. Jak grzybów po deszczu w pewnym momencie przybyło programów pokazujących rekonstrukcje kłótni, porwań, nękań i napastowań. Widzimy pracę prywatnych detektywów, posługujących się najnowocześniejszymi sprzętami – podsłuchują na wielkie odległości, używają kamery ukrytej w okularach, wyglądających zupełnie jak moje! Aż strach o naszą prywatność, jeśli w to uwierzyć – wszak Google przypomina co jakiś czas, że owa prywatność już nie jest prywatna i że ich komputery wiedzą o nas więcej niż my sami, bo potrafią przewidzieć naszą następną decyzję (a jeśli nie będzie ona taka jak powinna, bardzo szybko zmieniają dane, dokonują nowej analizy i znowu wiedzą).

Wszystko byłoby bardzo poważne i bardzo kłopoczące, wskazujące na to, że rzeczywiście jesteśmy inwigilowani w każdym momencie i że do stworzenia takiego programu wystarczą materiały archiwalne z miejskiego monitoringu albo inne, fabrykowane przez agencje detektywistyczne,  gdyby nie drewniane wióry, które lecą przy każdej wypowiadanej przez aktorów kwestii. Osobiście poznałam kilkoro grających w takich programach. Znaleźli się tam zazwyczaj przez przypadek, na przykład dlatego, że znajomy – pierwotny odtwórca roli – rozchorował się i potrzebował zastępstwa, a nie było czasu na przeprowadzenie nowego castingu. Zresztą, skąd wzięła mi się myśl o castingu? Czy to nie aby zbyt naiwna wiara w dobre intencje producentów?

Jeśli jesteście zbyt zmęczeni, żeby ruszyć ręką i zbyt wycieńczeni, żeby myśleć o sensownych rzeczach  – polecam – zróbcie sobie popcorn, otwórzcie piwo i włączcie telewizor. Pierwsze pół godziny będzie trudne, ale chwilę później będziecie tak pochłonięci, że nic innego już nie dostarczy wam takiej radości. Już nic was tak nie zrelaksuje jak odrobina głupoty w piątkowy wieczór. Zaproście znajomych albo oglądajcie rodzinnie. Wypróbowałam, działa.

Zdrowe zdziwienie działa też dobrze na cerę i układ oddechowy.



Agnieszka Szypulska (ur. 1991 r.) – studentka kulturoznawstwa. Słucha ulicy i ogląda ludzi. Tropi narracje, szczególnie te miejskie. Lubi opowiadać niestworzone historie o warszawskich zakątkach i robi to zawodowo. Szybko się zakochuje. W miejscach, książkach i fikcyjnych mężczyznach.
Źródło ilustracji: http://bezskrupulow.pl/wp-content/uploads/2012/07/trudne.jpg