Twoje uwagi
DO GÓRY
O nas
Redakcja
Kontakt
Agnieszka Szypulska | 25 kwietnia 2013 tele:wizja

szybcy, ale nie wściekli

23:00 na zegarku, kanał BBC Knowledge w telewizorze, właśnie zaczyna się „Top Gear”. Seria bodaj czternasta. Niezbyt aktualna, ale akurat tego odcinka nigdy wcześniej nie widziałam. Plan jest taki: całość trwa godzinę (plus kilka minut na reklamy), podejmuję więc wyzwanie: napiszę o programie „Top Gear” w czasie nie dłuższym niż jego czas trwania. Zacznijmy zatem.

Magazynów telewizyjnych poświęconych motoryzacji możemy obejrzeć setki, jednak tylko niektóre z nich zyskują miano klasyki gatunku. Kluczem do sukcesu są: odpowiedni scenariusz, dobrze wyważone proporcje pomiędzy długością materiału przygotowanego wcześniej a ujęciami ze studia, charyzmatyczni prezenterzy i ich kontrowersyjne opinie. „Top Gear” jest takim programem, który nie dość, że spełnia wszystkie wyżej wymienione warunki, to wręcz sam je ustanawia. Na licencji BBC jest produkowanych jest kilka wersji programu – brytyjska (oryginalna) australijska, rosyjska (tylko jeden sezon), chińska, koreańska i amerykańska, wszystkie przystosowane do potrzeb kierowców danej części świata.

Właśnie – czy „Top Gear” powstaje rzeczywiście po to, aby spełniać potrzeby kierowców? Czy prowadzący go dziennikarze udzielają jakichkolwiek przydatnych porad konsumenckich? Większość z nas, przeciętnych zjadaczy chleba, przy dużej dozie szczęścia i nie najmniejszym kredycie być może będzie w stanie kupić sobie za rozsądne pieniądze samochód kompaktowy, nadający się do jazdy po mieście. Gwiazdy zaproszone przez Jeremy’ego Clarksona pokonują takim autem co najwyżej jedno okrążenie na specjalnie przygotowanym torze testowym. Kiedy przychodzi czas dawania widzom wskazówek, telewizyjna ekipa nie daje rady. Twórcy programu sami się do tego przyznają. Jeśli w jakimkolwiek plebiscycie do wyboru będzie Ford Focus, Renault Megan i Peugeot 307, to zapewne wytypują oni raczej Lamborghini Gallardo [1].

„Top Gear” opiera się na kontrastach. Celebryci – ludzie, którzy na co dzień jeżdżą bardzo szybkimi i bardzo drogimi wozami – na potrzeby show wsiadają do Kii Cee’d, Chevroleta Lacetti i tym podobnych samochodów przygotowanych do jazdy po spokojnych drogach, po mieście, przy ograniczeniu do pięćdziesięciu. Każdy zaproszony gość wykonuje okrążenie tym samym samochodem i po tym samym torze (jeśli warunki atmosferyczne są inne, zostaje to odnotowane). Czas przejazdu trafia na specjalną listę, tworząc tym samym ranking najszybszych (lub najwolniejszych) gwiazd. Tym samym producenci programu stworzyli wyścig, w którym zwycięzcą jest nie ten, kto ma lepiej przygotowany samochód, ale ten, kto ma  większe umiejętności.

Odwrotnie działa ranking supersamochodów. Tym razem kierowca się nie zmienia, zmieniają się samochody i to, w jaki sposób ich producenci przygotowują je do testu. Za kierownicą nie zasiada jednak żaden z dziennikarzy, tylko Stig – specjalnie oswojony, już owiany legendą kierowca rajdowy. Niczym tajemniczy rycerz, który nigdy publicznie nie podnosi przyłbicy, Stig jest ubrany w biały, rajdowy kombinezon i równie biały kask. Nigdy nic nie mówi, dobrze charakteryzuje go (kiedy znajduje się poza torem) słowo „apatia”. Jest za to świetny w swoim fachu.

Zasada kontrastu rządzi także w testach, które są wykonywane przez dziennikarzy programu. W oglądanym przeze mnie odcinku James May ściga się właśnie samochodem rajdowym klasy WRC (specjalnie podrasowany Mini Cooper) z mistrzynią olimpijską w saneczkarstwie. Oboje, niezależnie od pojazdu, którym się poruszali, mają do pokonania około dwukilometrową trasę. Mini Cooper staje w szranki z sankami sportowymi. To, kto ten wyścig zwycięży, nie jest takie oczywiste.

W każdym odcinku Jeremy Clarkson, James May i Richard Hammond testują również superszybkie samochody: specjalne wersje aut drogowych (tych za rozsądną cenę, ale z większymi silnikami, ze spoilerami, z szerokim pasem namalowanym na masce, nadającym maszynie sportowego charakteru), klasyczne i zupełnie nowatorskie auta wyścigowe czy też prawdziwe mechaniczne potwory – samochody rozwijające prędkość do co najmniej trzystu kilometrów na godzinę. Priorytetem jest szybkość, szaleństwo i piękno. Piękno? Tak! W niepodważalnie czarujących warunkach przyrody, pośród brytyjskich wzgórz, francuskich polan i rumuńskich gór, oglądamy świetnie zaprojektowane pojazdy, możemy się wsłuchać w kojące (przynajmniej dla niektórych) mruczenie silników. To, że każde z tych motoryzacyjnych arcydzieł kosztuje niemal zawsze ponad dwieście tysięcy funtów, nie jest aż tak istotne. Nie możesz go kupić – zobacz przynajmniej, jak się nim jeździ.

„Top Gear” spełnia marzenia. Marzenia o szybkiej jeździe, o życiu na najwyższych obrotach. Zwykłymi samochodami mogą jeździć wszyscy. Nie potrzeba do tego toru, kasku i profesjonalnego przeszkolenia. Po co więc mówić o tym, co znajduje się w naszym zasięgu ręki, jeśli o wiele bardziej ekscytujące samochody czekają na przetestowanie? To rzeczywiście działa na odbiorcę: po każdym odcinku pragnę znaleźć tor, na którym za drobną opłatą będę mogła wcisnąć gaz do dechy, rozgrzać silnik do czerwoności, wykorzystać wszystkie swoje umiejętności i przekonać się, jak dużo mi jeszcze brakuje do bycia dobrym kierowcą (rajdowym).

Czy podołałam zadaniu? Czy uporałam się z napisaniem artykułu w czasie trwania jednego odcinka? Szczerze mówiąc, nie. Na ratunek jednak przyszedł mi następny odcinek. Jak to dobrze, że Top Gear przychodzi do nas seriami…


[1] Samochód roku 2009 według rankingu „Top Gear”


Agnieszka Szypulska (ur. 1991 r.) – studentka kulturoznawstwa. Słucha ulicy i ogląda ludzi. Tropi narracje, szczególnie te miejskie. Lubi opowiadać niestworzone historie o warszawskich zakątkach i robi to zawodowo. Szybko się zakochuje. W miejscach, książkach i fikcyjnych mężczyznach.
http://www.motorward.com/wp-content/images/2013/02/pagani-on-top-gear-1.jpg