Twoje uwagi
DO GÓRY
O nas
Redakcja
Kontakt
Piotr Wróblewski | 30 grudnia 2014 recenzje

królowa krwawi

Gitara, perkusja i… to wszystko. W dobie multibandów, efektów i sampli na scenie pojawiają się dwaj faceci. Grają prosto, ale nie można przestać ich słuchać. Nazywają się Royal Blood, są nadzieją rocka i niedługo wystąpią w Warszawie.

Brighton, początek 2013 roku. Znajomi z liceum – Mike Kerr (bas/wokal) i Ben Thatcher (perkusja) – właśnie zakładają zespół. Zaraz po pierwszej próbie grają koncert. Garstka fanów (głównie znajomych) jest pod wrażeniem. Chłopaki chcą przygotować nowy materiał na wakacje. Nie zdążą. W drogę wejdą im muzycy z Sheffield – grupa Arctic Monkeys. Niedługo potem Małpy zapraszają Royal Blood w roli supportu na koncert do Londynu. Mike i Ben dają radę. Dwa miesiące później odbywa się festiwal Glastonbury, najbardziej prestiżowe wydarzenie muzyczne w Wielkiej Brytanii. Arctic Monkeys grają na głównej scenie. Matt Helders, perkusista zespołu, paraduje w koszulce z logo Royal Blood. To nie może ujść uwagi fanów. Smartfony, tablety i inne urządzenia idą w ruch. Na rynku nie ma nawet singla Królewskiej Krwi, jedynie kilka utworów krąży po internecie. To wystarcza.

Mija rok. Teraz Mike i Ben znajdują się w centrum uwagi. Przed John Peel Stage na festiwalu Glastonbury stoi tłum. Zaraz zagra Royal Blood, zespół, który nie wydał ani jednej płyty. Zwariowana, rockandrollowa kariera.

Jesienią 2014 roku ukazuje się długo oczekiwany debiutancki krążek. Płyta zatytułowana po prostu Royal Blood sprzedaje się w sześćdziesięciu tysiącach egzemplarzy już podczas pierwszego tygodnia dystrybucji! Grupa debiutuje bardziej spektakularnie niż Linkin Park, The Strokes czy Muse. Do tej pory album muzyków z Brighton nabyło łącznie już ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy fanów, mimo że płytę można kupić dopiero od czterech miesięcy.

Po prostu rock

Takie zespoły, jak The Who, Sex Pistols czy Nirvana tworzyły prosto, niejako na przekór. Od lat dziewięćdziesiątych nikt nie wierzył, że można wymyślić coś nowego. Mam wrażenie, że tym razem się udało. Royal Blood fascynują surowym brzmieniem i prostymi, chwytliwymi liniami melodycznymi. Wybija się charakterystyczna głośna perkusja, bazująca na dźwięku talerzy, a Mike Kerr wyczynia istne cuda na gitarze basowej. Wielu słuchaczy początkowo nie wierzy, że w Royal Blood nie ma innego gitarzysty. To właśnie kolejne zaskoczenie – zespół składa się tylko z dwóch osób. Nie ma muzyków ukrytych za kulisami ani sampli odtwarzanych z playbacku.

Jak słuchać Royal Blood? Jak najgłośniej! Rockowa energia połączona ze szczerością przekazu powoduje, że trudno się od tej muzyki oderwać. Duet z Brighton stworzył płytę różnorodną i interesującą do tego stopnia, że aż nie chce się przewijać utworów. Trzydzieści dwie minuty muzyki na krążku mijają o wiele szybciej, niż byśmy tego chcieli.

Królewicze w stolicy

Rock jednak to nie tylko płyty – to także (a może przede wszystkim) koncerty. Czy Mike i Ben porwą warszawską publiczność do zabawy? Przekonamy się już niedługo.

Brytyjczyków z Royal Blood w Polsce zobaczymy po raz drugi. Pierwszego spotkania nie wytrzymała nawet openerowa scena, więc 14 stycznia czekamy na równie wielkie rockowe zniszczenie. Niech poleje się królewska krew.


Royal Blood / 14.01.2015 / Warszawa / klub Palladium / bilety: 107 zł   


Piotr Wróblewski (ur. 1992 r.) – student. Organizator PIF PAF Music Festival. Zwolennik polskiej muzyki. Chciałby zainteresować ludzi muzyką, koncertami i zespołami, których nie usłyszą w popularnych mediach.
zdjęcie: materiały prasowe