Twoje uwagi
DO GÓRY
O nas
Redakcja
Kontakt
Piotr Majchrzak | 16 stycznia 2014 meandry kultury

czekając na teatr narodowy

Miałem sen… Listopad, Narodowy Stary Teatr w Krakowie, premiera studencka Do Damaszku. Spektakl się zaczyna. Trwa. Nagle – tumult! Zgiełk! Ktoś wrzasnął. „Wstyd!”, „Hańba!”, „Dość!”, „To jest teatr narodowy!”. Teatr wstaje. Teatr unosi się. Teatr żyje. Teatr narodowy! Pędzę razem z tym snem – zaraz wszyscy wejdą na scenę, zaczną rozmawiać, dyskutować, debatować… Ogarnia mnie wzruszenie. Dyrektor i reżyser w jednej osobie wyłania się zza sceny razem z aktorami. Wyciąga rękę, aby uciszyć tłum, wyciąga jak koryfeusz chóru, jak prestidigitator. Krzyczy: „Przerywamy spektakl i nie wznowimy go, dopóki Państwo nie opuszczą sali”. Państwo odkrzyknęli: „Wychodzimy”. Wyszli. Obudziłem się.



Żywy teatr

Afera związana z zakłóceniem przebiegu spektaklu w Narodowym Starym Teatrze okazała się świętem sztuki teatralnej – warto to podkreślić. Dlaczego? Po pierwsze, było to wydarzenie medialne. W końcu telewizja zaczęła mówić o teatrze, a nieczęsto się to zdarza. Po drugie, zerwano spektakl, a więc teatr oddziałuje, staje się żywy. Spektakle w Polsce są przerywane naprawdę bardzo rzadko – nie znam statystyk, podejrzewam jednak, że dzieje się to raz na kilka dobrych lat. Niektórzy od razu powiedzą, że była to prowokacja „Dziennika Polskiego” (rzeczywiście, od wielu tygodni w tej gazecie pojawiały się artykuły piętnujące działalność Jana Klaty jako dyrektora Starego Teatru, a sam Klata najprawdopodobniej był dobrze poinformowany o tym, że spektakl Do Damaszku zostanie przerwany). Zgoda. Akcja zaplanowana. Czy oznacza to jednak, że możemy odmawiać jej statusu spontaniczności? Czy obrona baru mlecznego (http://www.youtube.com/watch?v=Uo5sogJSulI) albo squatu (http://www.youtube.com/watch?v=xbnznoOrQqQ) jest mniej zorganizowana? A przecież przymiotnik „spontaniczny” w opisach takich inicjatyw występuje nader często. Po trzecie, publiczność pokazała, jak bardzo zależy jej na teatrze. To nie byli przypadkowi widzowie. Pamiętajmy o tym. Oni krzyczeli do innych, wychodząc ze spektaklu: „Jaki to jest przekaz? Pomyślcie!”, „To nie jest Strindberg”. Krzyczeli do Klaty: „To nie jest Pana własność”, „To jest nasz teatr”. Dali piękne świadectwo miłości do teatru sztuki teatralnej: nieprzewidywalne, dynamiczne.

Przerywamy święto

Co zrobił z tym wszystkim Jan Klata? Wyszedł zza kulis, wyciągnął wskazujący palec nad widzów i zdecydowanym ruchem wskazał na drzwi, mówiąc: „Przerywamy spektakl i nie wznowimy go, dopóki Państwo nie opuszczą sali”. Dlaczego? Dlaczego tej spontanicznej reakcji nie wykorzystać? Nie dać właśnie tym ludziom sali do prób, aktorów, reżysera, dramaturga, wreszcie – sceny narodowej? Niech się wypowiedzą. Przecież widzimy, że wykreowali inną wizję teatru niż Klata. Mają swoje zdanie, ale dyrektor uważa, że jest ono gorsze od jego zdania.

Panie Klata, zaprzepaścił Pan szansę. Być może właśnie podczas premiery studenckiej Do Damaszku mógł narodzić się krytyczny, ciekawy, prawicowy teatr? Takiego ci u nas niedostatek – moim zdaniem nie ma go wcale. Sam Klata przyznaje to w wywiadzie z Romanem Pawłowskim: „Chciałbym, aby prawica odpowiadała na lewicowe spektakle swoimi spektaklami. Mam apel do drugiej strony: nie palcie teatrów, róbcie swoje”. Róbcie swoje? Gdzie? Dałeś ludziom „po drugiej stronie” teatr czy po prostu kazałeś im siedzieć na widowni i słuchać tego, co rzecze Pan Klata? Czy uważa Pan, że publiczność nie ma prawa przerwać spektaklu? Panie Janie, dlaczego jej tego zakazujesz?!

Koncepcja teatru narodowego…

Klata próbował zrealizować w Krakowie koncepcję teatru narodowego. W swoim projekcie sceny narodowej zamierzał odwoływać się do wielkiej tradycji starych mistrzów: Swinarskiego, Wajdy etc. Chciał tworzyć teatr krytyczny, teatr kontrowersyjny. Wprowadził też tańsze wejściówki dla osób, które zwykle nie chodziły do teatru (bo bilety za drogie), i tych naturszczyków konfrontował z doświadczonymi aktorami. Piękna inicjatywa, godna pochwały. Tym bardziej, że trudno mówić w Polsce o teatrze narodowym. Mamy do czynienia raczej z instytucjami kultury finansowanymi przez państwo.

Wydaje się, że warszawski Teatr Narodowy prowadzony przez Jana Englerta to instytucja dla wybrańców, bo przecież oferując tak drogie bilety (a nawet wejściówki, obecnie chyba najdroższe w Warszawie!), teatr ten staje się elitarny, a nie egalitarny. O pieniądzach zapewne myślał też Maciej Nowak, gdy w 2006 roku wywalczył tytuł „teatru narodowego” dla gdańskiego Teatru Wybrzeże – sceny, która tonęła w długach, mimo że była ówcześnie jedną z najciekawszych w kraju. Maciej Nowak wprawdzie nie zdążył się wykazać w Gdańsku, ponieważ został wyrzucony, ale ideę teatru społecznie zaangażowanego skutecznie zrealizował w warszawskim Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego, na którego czele stał przez dziesięć lat.

… według dyrektora-dyktatora

Trudno powiedzieć, czym ma być teatr narodowy, czym powinien się zajmować, jaki status mu się należy. Pewnie każdy, kto czyta ten tekst, ocenia tę kwestię inaczej. Niektórzy zapewne upatrują podstawy teatru narodowego w silnej osobowości dyrektora, inni – w eklektyzmie, kolejni wskażą na Jerzego Grzegorzewskiego w warszawskim Teatrze Narodowym albo na Andrzeja Seweryna w Teatrze Polskim. Nie mnie to oceniać. Mogę jednak powiedzieć jedno: bardzo nie podoba mi się to, że dyrektor-dyktator zabija ducha teatru. Teatru, który niemalże stał się prawdziwie żywy. I moglibyśmy mieć kolejny sen o tym, jak wygląda teatr zaproponowany przez tych krzyczących, którzy stają się scenarzystami, scenografami, reżyserami…

Pan Klata wyrzucił pierwszych, wyrzucił i drugich. Można by rzec, że jak Salomon – po równo! Nie dał dokończył spektaklu Nie-Boska komedia. Szczątki, który był reżyserowany przez Olivera Frljicia, chorwackiego reżysera. W tym wypadku Klata stwierdził z kolei, że o polskim antysemityzmie jest już za głośno, więc powiedział „do widzenia” – tym bardziej, że niektórzy aktorzy zbuntowali się i zrezygnowali z uczestnictwa w spektaklu. Potem wspominał coś o bezpieczeństwie aktorów… Reżysera, który chciał dokończyć swoją pracę, szczerze zdziwiła decyzja Klaty. Pan Klata chyba po prostu stchórzył. Być może odwołanie premiery spektaklu określanego jako polityczny to jeszcze większy błąd niż wyproszenie z sali osób, które przerwały pokaz Do Damaszku. Pozostaje pytanie – skoro nie zwolennika tradycji, skoro nie entuzjastę nowoczesnego teatru, to jakiego widza Jan Klata chce zaprosić na widownię? Być może widza-idiotę.

Panie Janie, Panie Janie, pora wstać, pora wstać…

Jan Klata realizuje swój osobisty narodowy teatr w dość chaotyczny i niespójny sposób. A mógł złapać wszystkie sroki za ogon. Miał szansę. Nie wykorzystał. Wśród aktorów współpracujących z Narodowym Starym Teatrem nie ma już nestorów sceny: ani Anny Polony, ani Jerzego Treli. Środowisko teatralne wydaje się raczej sprzeciwiać posunięciom Klaty. Zespół artystyczny jest wewnętrznie skonfliktowany. Publiczność w Krakowie raczej za Janem Klatą (czy Janem Klapą, jak niekiedy słyszałem) nie przepada. Nawet minister Zdrojewski się zdenerwował.

Co zatem z tym teatrem narodowym?



Piotr Majchrzak (ur. 1991) – student kulturoznawstwa – wiedzy o kulturze oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Człowiek teatru. Inspiruje się Tadeuszem Kantorem, Brunonem Schulzem, Fiodorem Dostojewskim, jednostajnym (na jedno kopyto) polskim teatrem, a czasem nawet i życiem (tak przy okazji). Ośmiela się mówić o sobie “twórca przepełniony alternatywną – być może kulturnatywną – wizją kultury”. Marzy o tym, żeby kiedyś napisać arcyważny i powszechnie poważany manifest.
http://culture.pl/pl/wydarzenie/jan-klata-pokaze-niemcom-hamleta